Czeczebsa

Co tam panie w Rogu Afryki na śniadanie? Na przykład czeczebsa (chechebsa, zwana też kita, w zależności od lokalnego języka), czyli przyprawiany rwany naleśnik na słodko-ostro.

Całkiem prosty do przyrządzenia w domu, najlepiej mając dostęp do etiopskiego masła niter kibbeh i berbery, ale te można zastąpić odpowiednio zwykłym klarowanym oraz słodką i ostrą sproszkowaną papryką.

Czytaj dalej

Meksyk w Etiopii

W 1935 roku, po agresji ówczesnego Zjednoczonego Królestwa Włoch na Cesarstwo Etiopii, to pierwsze zażądało od Ligi Narodów międzynarodowego uznania włączenia Abisynii do Włoskiej Afryki Wschodniej, ośmieszając przy tym instytucjonalność poprzedniczki ONZ-u. 5 państw odmówiło zgody: Haiti, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone, Związek Radziecki oraz Meksyk. Ten ostatni, idąc na znak protestu jeszcze dalej, w ramach solidarności z narodem etiopskim nadał jednemu z placów w swojej stolicy nazwę Plaza Etiopía (obecnie również pobliska stacja metra Etiopía/Plaza de la Transparencia).

Czytaj dalej

Kibda

Kolejny epizod nocnych, kulinarnych wędrówek po ulicznych spelunach afrykańskich metropolii.

Kibda lub Kebda (Skadrani – wołowa, bil ‚Asal – cielęca) czyli cięta w płaskie, podłużne paski smażona wątróbka w miodowej marynacie.

Rzeźnik w jednej z uliczek w Kairze sprzedaje na wagę w papierze bezpośrednio z okienka lub serwuje wewnątrz na stalowym blacie z pastą sezamową, sałatką warzywną i chlebem. Czytaj dalej

Argana

Marrakesz, kwiecień 2011.

Gzegos, jella, wstawaj, bo cię zaraz ktoś zobaczy! – kobieta o oliwkowej skórze budzi mnie kuksańcem w ramię. Leniwe podnoszę się z łóżka przecierając twarz dłonią. Uchylam drzwi hotelowego pokoju i upewniając się, że nikt nie stąpa po orientalnych płytkach korytarza wymykam się na zewnątrz.

Amal, drobną 25-latkę (parę lat ode mnie starszą) o urokliwej nie tylko urodzie ale również imieniu (arabskie ‘amal czyli po polsku „nadzieja”, prawie jak „tradycja”) poznaję na przedmieściach Rabatu gdzie wtedy pracuję. Ma oczy jak węgle, w których ledwo da się dostrzec źrenice, oraz grube, kruczoczarne, sięgające do lędźwi włosy, z których można by zaplatać marynarskie liny. Waży może z 45 kilogramów, czasami dla żartu obejmuję ją ramieniem i próbuję zapakować do swojej podróżnej walizki, a ona śmieje się do rozpuku machając w powietrzu stopami długości moich dłoni. W wolnych chwilach sama uczy się polskiego, a ja płaczę ze śmiechu i zastanawiam się skąd u licha bierze te swoje dziwaczne powiedzonka typu „dobrze panie bobrze” czy „co tam hipopotam”.

Często wyjeżdżamy za miasto, uciekając przed nieco wścibskim wzrokiem konserwatywnego społeczeństwa. Chcemy się pobrać, może przenieść do Europy, nie mamy jednak jeszcze certyfikatu małżeńskiego i wszyscy hotelarze robią nam z tego powodu problemy… Czytaj dalej

Półnagi arabski barbarzyńca


Ale mnie znajoma śmiesznie w chuja chciała zrobić xD

Zostałem wysłany do hammamu, marokańskiej łaźni, na gładzenie i zabiegi kosmetyczne do jej koleżanek, na co udałem się ochoczo z lubieżną miną niczym ksiądz do przedszkola.

Koleżanki oczywiście okazały się właścicielkami łaźni…

Nie ma to jak dać sobie zedrzeć 7 warstw naskórka przez 120-kilogramowego arabskiego barbarzyńcę, marokańskiego gigachada w bawełnianych gaciach Galvin Clein.
Czytaj dalej

Szczęściarze z Islamabadu

Peszawar, 20 września 2008.

Z małego, bielonego wapnem kamiennego domu na przedmieściach wyszło siedmiu mężczyzn w sięgających za kolana, odświętnych białych szatach typu kurta i różnokolorowych, wełnianych pakolach na głowach. Delikatny popołudniowy wiatr smagał ich śniade twarze niesionymi drobinami piasku.

– Boisz się, Zahid? – powiedział jeden z pokaźną, gęstą brodą.

– Nie. Już nie, hamdullah – odrzekł najmłodszy z nich nieco się wahając.

– To dobrze. Pamiętaj, że Bóg jest z tobą – uciął krótko ten pierwszy i uśmiechnął się serdecznie.

Wolnym krokiem, z założonymi z tyłu rękoma, przeszli przez piaszczyste podwórze podchodząc do stojącej na ulicy zielonej wywrotki MAN z naciągniętą na skrzynię ładunkową plandeką. Najmłodszy otworzył drzwi kabiny i odwrócił się do pozostałych.

– Bóg jest wielki – szepnął mu do ucha brodacz, nachylając się i serdecznie przytulając. Następnie pozostali mężczyźni powtórzyli czynność, po kolei dotykając piersiami ramiona chłopaka i głaszcząc po policzku uśmiechali się, gdy jeden ze zgromadzonych zaczął cicho nucić.

Młody mężczyzna odwrócił się, wspiął do szoferki i zamknął drzwi. Rozejrzał się po kabinie, dotknął leżącej obok siedzenia kierowcy plastikowej torby i odpalił silnik. Powoli ułożył dłonie na kierownicy zaciskając palce. Uśmiechnął się do siebie i ruszył obserwując w bocznym lusterku oddalających się mężczyzn w białych szatach. Czytaj dalej

Jan Paweł Lewandowski


Muszę przyznać, że obecnie pod pewnym względem łatwiej przemierza się Czarny Ląd niż dawniej.

Kiedyś, tłumacząc co to jest ta Polska trzeba było kombinować z papieżem, wśród środowisk uniwersyteckich ze Skłodowską i Kopernikiem, z ludźmi kultury z Kieślowskim czy Chopinem, a z gangusami na przedmiejskich slumsach z Wałęsą.

Dziś wszystko załatwia mąż Anny Lewandowskiej. Skąd jesteś? Lewandowski. A, yes yes, very nice. Napijesz się czegoś? Lewandowski. Oh, oczywiście, piwko raz tutaj. Wpierdolić ci białasie? Lewandowski. Ah, yes, proszę schować portfel.
Czytaj dalej

Cesarz menel


Bądź synem Salomona, pierwszym królem swego kraju, załóż kilkutysiącletnią dynastię, sprowadź Arkę Przymierza, a i tak zostań zapamiętany przez swój naród jako zwykły, drobny obszczymurek. Panie i panowie, oto pierwszy władca Etiopii – Menelik I.

A żeby już całkiem pogrążyć chłopa w depresji, w podzięce za lata panowania i ciężkiej pracy, jego poddani nadali mu tytuł cesarza, „Króla Królów”, etiopskiego paco di tutti frutti (czy jak to tam szło), czyli, po amharsku – Nygus. Biedny chłopina. Czytaj dalej

Brutalna ścieżka serbskiego wojownika

Nowy Jork, marzec 1992.

Na skórzanej kanapie pod ścianą apartamentu w manhattańskiej Upper East Side leżał około 50-letni mężczyzna. Wpatrując się w powoli obracane płaty podwieszonego u sufitu wentylatora, wyraźnie zamyślony przeczesywał burzę siwych loków. Nagle podniósł się i podszedł do pokrytego stosem gazet i książek stołu. Usiadł na krześle, wkręcił czystą kartkę papieru w walec stojącej na blacie maszyny do pisania Olivetti i wziął głęboki oddech. Uderzając gwałtownie w klawisze wystukał kilka wyrazów, po czym wyjął kartkę z maszyny. Przeczytał w skupieniu świeżo wydrukowaną linijkę tekstu, a następnie zamknął oczy i z westchnieniem wypuścił z ręki kartkę która pofalowała na stos leżących na ziemi kilku innych.

Wstał z miejsca, pilotem włączył telewizor kineskopowy, podniósł z biurka skórzany notatnik Moleskine i podszedł do okna. Otworzył notes i zaczął w nim kreślić ołówkiem, co chwila jednak zatrzymując się i z poirytowaniem zamazując kolejne wyrazy. Nagle wytężył słuch i podniósł wzrok znad notatnika, wpatrując się przez okno w przejeżdżające kilkanaście pięter niżej malutkie samochodziki.

Odwrócił raptownie głowę i spojrzał w ekran telewizora. Następnie przekręcił całe ciało i podszedł do grającego pudła marszcząc brwi. Na kineskopie pojawił się właśnie wjeżdżający poprzez gruzowisko na wąską ulicę czołg M-84. Lektor komentował sytuację, a mężczyzna wpatrując się w ekran przeczesał dłonią siwe loki gdy pasek informacyjny na dole zmienił barwę na czerwoną.
Czytaj dalej

Etiopski Netflix


Rozbawił mnie ostatnio etiopski Netflix.

Odwiedzając znajomą (w Addis Abebie) odpaliłem folder z filmami na jej laptopie. A tam ze 100 pozycji i prawie same nowości. Zaciekawiony pytam zatem skąd to ma, skoro w Etiopii na ogół taki gówniany Internet. „From the corner boys”.
Czytaj dalej