Argana

Marrakesz, kwiecień 2011.

Gzegos, jella, wstawaj, bo cię zaraz ktoś zobaczy! – kobieta o oliwkowej skórze budzi mnie kuksańcem w ramię. Leniwe podnoszę się z łóżka przecierając twarz dłonią. Uchylam drzwi hotelowego pokoju i upewniając się, że nikt nie stąpa po orientalnych płytkach korytarza wymykam się na zewnątrz.

Amal, drobną 25-latkę (parę lat ode mnie starszą) o urokliwej nie tylko urodzie ale również imieniu (arabskie ‘amal czyli po polsku „nadzieja”, prawie jak „tradycja”) poznaję na przedmieściach Rabatu gdzie wtedy pracuję. Ma oczy jak węgle, w których ledwo da się dostrzec źrenice, oraz grube, kruczoczarne, sięgające do lędźwi włosy, z których można by zaplatać marynarskie liny. Waży może z 45 kilogramów, czasami dla żartu obejmuję ją ramieniem i próbuję zapakować do swojej podróżnej walizki, a ona śmieje się do rozpuku machając w powietrzu stopami długości moich dłoni. W wolnych chwilach sama uczy się polskiego, a ja płaczę ze śmiechu i zastanawiam się skąd u licha bierze te swoje dziwaczne powiedzonka typu „dobrze panie bobrze” czy „co tam hipopotam”.

Często wyjeżdżamy za miasto, uciekając przed nieco wścibskim wzrokiem konserwatywnego społeczeństwa. Chcemy się pobrać, może przenieść do Europy, nie mamy jednak jeszcze certyfikatu małżeńskiego i wszyscy hotelarze robią nam z tego powodu problemy…

– Słuchajcie, ja doskonale was rozumiem, ale to naprawdę nie ode mnie zależy. Mój facet jest Niemcem i też tu nie nocujemy. Ja tu tylko dorabiam, jak wpadnie policja to stracę pracę a i interes mogą zamknąć – recepcjonistka w niebieskim hidżabie na głowie tłumaczy nam lokalne zależności z miną pełną współczucia (później z moją towarzyszką przechodzą na arabski i zasłaniając dłonią usta szepczą coś do siebie chichrając się i zerkając w moją stronę, a ja stoję zdezorientowany niczym Marian Kowalski w bibliotece). Wcale ją rozumiem, wynajmowanie pokoi niezamężnym parom jest wbrew tutejszemu prawu.

Spacerując po medynie nieśmiało dotykamy swoich dłoni, a okoliczni wąsaci sprzedawcy w fartuchach krzyczą aller à l’hôtel! Mam ochotę podejść do jednego z nich i powiedzieć, że chętnie byśmy poszli do tego pieprzonego hotelu, gdyby tylko ktoś chciał nam go wynająć. Amal łapie mnie za ramię i uspokaja (później już przestaję się pierdolić i wyjeżdżamy tylko do małych nadmorskich miejscowości gdzie za kilkanaście euro wynajmujemy od miejscowych rybaków całe chałupy).

Opracowujemy zatem system. Wybieramy jakiś hotel w bocznej uliczce medyny (odpuszczamy sobie riady, i tak będziemy płacić podwójnie), najpierw wchodzę ja i pytam o pokój jedynkę. Jeśli jest dostępny to zapamiętuję numer na drzwiach i mówię, że idę wymienić gotówkę. Za rogiem spotykam się z moją partner in crime, przekazuję jej cyfry i teraz ona idzie zobaczyć jedynkę w tym samym hotelu. Jeśli jest dostępna i numery różnią się od siebie, od razu bukuje pokój a ja wracam po kilkunastu minutach opłacić ten wcześniej obejrzany. A później, pod osłoną nocy, niczym jakiś słowiański asasyn, książę Persji i cebuli, Lawrence z Podlasia, skradam się pod recepcją jak uczniak na koloniach i wiedziony zapachem kadzideł i blaskiem nastrojowych świec przemykam na żeńskie piętro. A tam czeka na mnie ona…

Niedługo potem muszę wyjechać na dłużej. Udajemy się zatem na centralny plac Jemaa el-Fnaa, w poszukiwaniu restauracji na pożegnalną kolację. Przechadzając się wśród tłumu handlarzy, aromatów kminku i pieczonej baraniny z rozstawionych na placu grilli oraz piszczących dźwięków pungi okolicznych zaklinaczy węży, pomiędzy kłębami gęstego dymu dostrzegam świecący napis „Argana” na jednym z budynków.

Udając się ku wejściu, po drodze mijamy roześmianych turystów, ulicznych sprzedawców, lokalnych grajków. A wśród nich, być może, zakapturzona postać z przewieszoną przez plecy akustyczną gitarą…


Marrakesz, dwa tygodnie później.

Panującą wczesnym rankiem ciszę jednej z wąskich uliczek okalających centralny plac przecinał metaliczny szczęk podnoszonych co jakiś czas metalowych rolet, oraz warkot zbliżającego się szybkim tempem skutera. Około 50-letni, łysiejący mężczyzna o śniadej cerze i równo przyciętych wąsach zaparkował motocykl na samym początku uliczki, tuż przed jej ujściem na skwer. Zdjął łańcuch z wąskiej bramy narożnego budynku, wprowadził skuter, po czym otworzył kluczem tylne drzwi i wspiął się po schodach na górę.

W biurze panował półmrok. Przekręcił żaluzje i włączył stacjonarny komputer którego wiatrak wypełnił pomieszczenie cichym brzęczeniem. Następnie mężczyzna z łysiną chwycił leżącą na biurku, sporządzoną poprzedniego wieczoru listę, i uważnie studiując założył czystą białą koszulę wiążąc czarny krawat.

Wykonał kilka telefonów do dostawców i zrobił obchód budynku podnosząc rolety w oknach oraz zestawiając krzesła ze stolików głównej sali. Z czasem w budynku zaczęli zjawiać się kucharze i kelnerki  w białych fartuchach i czarnych spódnicach, krzątając się po pomieszczeniu nadawali otoczeniu zwyczajowego tempa.

Punkt ósma mężczyzna z wąsami przekręcił klucz frontowych drzwi i zaraz po tym w wejściu pojawili się pierwsi goście. Przedpołudnie spędził na swoich rutynowych czynnościach związanych z prowadzeniem popularnej restauracji, często znikając w biurze na tyłach budynku by po chwili pojawić się z powrotem doglądając interesu i pomagając przy obsłudze.

Tuż przed południem mężczyzna w koszuli z krawatem objął na krótko stanowisko za barem. Wydał dwie tacki z miętową herbatą w metalowych czajniczkach turyście z rosyjskim akcentem i wręczył wysoką szklankę soku pomarańczowego młodemu chłopakowi w bluzie z kapturem, z wystającym ponad ramieniem gitarowym gryfem. Gdy ponownie obrócił się przodem do blatu, objął pospiesznie wzrokiem pełną salę wycierając w rękach talerz, a jego wzrok zatrzymał się na stojącej nieopodal baru sportowej torbie.

– Hej, kolego, zapomniałeś czegoś! – krzyknął po arabsku odruchowo ponad tłumem wychodząc zza lady. Zmierzający do wyjścia chłopak z przewieszoną przez plecy gitarą przystanął i obrócił się. Ich wzrok na chwilę się spotkał. Chłopak przeczesał włosy, wziął łyk soku, po czym odstawił szklankę na stolik obok, odwrócił się gwałtownie i wybiegł przez frontowe drzwi.

Mężczyzna około 50-tki zrobił zdziwioną minę, zmarszczył brwi i cały czas wycierając trzymany w dłoniach spodek spojrzał na wpół pustą szklankę soku pomarańczowego. Następnie otworzył usta, rozszerzył powieki i przeniósł wzrok na sportową torbę przy barze.


Marrakesz, maj 2018.

W latach 2011-2012 przez Bliski Wschód oraz północną Afrykę przeszła fala gwałtownych protestów i wystąpień społecznych znana obecnie jako „Arabska wiosna”. W zależności od państwa, niepokoje przybrały różny wymiar przynosząc za sobą cały wachlarz rezultatów. Od zwykłych wieców protestacyjnych (Arabia Saudyjska), przez obalenie rządów (Egipt, Tunezja), aż po wojny domowe (Libia, Syria).

Po udanych rewolucjach na wschodzie regionu, w wiosnę ludów próbowali wpędzić Królestwo Maroka tamtejsi opozycjoniści. Wystąpienia publiczne rozpoczęły się od samospalenia czterech protestujących w Tangierze i krótko po tym rozlały się na największe miasta kraju domagając się ograniczenia władzy króla i reform społecznych.

Ruch rewolucyjny nie porwał jednak większości narodu. Pojawiły się głosy niezadowolenia z obrotu spraw w krajach sąsiednich. Dodatkowo rządzący od 12 lat król Mohammed VI cieszył się dość sporą dozą sympatii społeczeństwa (w odróżnieniu od swojego ojca, Hassana II, bliskiego sojusznika USA znanego ze sprawowania władzy silną ręka i stalowych jaj, który przeżył dwa zamachy na swoje życie a w trakcie ostatniego, podczas ataku zbuntowanych myśliwców królewskich sił powietrznych na jego samolot, miał rzekomo złapać za radio w kokpicie i krzyczeć w kierunku zamachowców: „przestać strzelać głupcy, tyran nie żyje!”). Protesty zostały stłumione i przyniosły jedynie drobne zmiany w konstytucji (m.in. zaliczenie języków berberskiego i saharyjskiego Hassānīyai do oficjalnych).

W kwietniu 2011 r. w Marrakeszu doszło do zamachu bombowego na restaurację „Argana”, jedno z popularniejszych miejsc spotkań wśród zagranicznych gości. W wyniku eksplozji zniszczone zostało całe górne piętro restauracji. W przeprowadzonym przez przebranego za ulicznego grajka terrorystę zamachu ginie 17 osób, w większości turystów.

Jednym z ciężko rannych w wybuchu został znajdujący się przypadkowo na miejscu zdarzenia, przebywający na wakacjach Track2, czyli Roman Seleznev, osławiony rosyjski superhaker oskarżany przez rząd USA o szereg przestępstw i wyłudzeń, w tym prowadzenie internetowego sklepu ze skradzionymi kartami kredytowymi (obecnie odsiadujący karę 27 lat pozbawienia wolności w nieznanym miejscu, co stało się tematem dyplomatycznej dysputy na linii Waszyngton-Moskwa, gdyż Seleznev został uprowadzony i aresztowany przez amerykański Homeland na Malediwach, czyli kraju trzecim).

O przeprowadzenie zamachu została początkowo oskarżona AQIM – lokalna komórka Al-Ka’idy w krajach północnej Afryki (Al-Qaeda in the Islamic Maghreb). Organizacja w oficjalnym oświadczeniu stanowczo zaprzeczyła jednak oskarżeniom (zaznaczając przy tym, że atakowanie Żydów i krzyżowców cały czas pozostaje jej priorytetem i gorąco namawia do tego innych).

Niedługo potem aresztowanych zostaje pięcioro dwudziestokilkulatków. Główny sprawca, oskarżony o zdetonowanie ładunku za pomocą telefonu komórkowego (nie był to zamach samobójczy jak jeszcze do dzisiaj podają niektóre media) został skazany na najwyższy wymiar kary i przebywa obecnie w celi śmierci (niewykonywanej w Maroku od 1993 roku). Motywy działań do dzisiaj pozostają niejasne. Jedni wskazują na próbę wciągnięcia królestwa w trwającą Arabską wiosnę, inni wprost przeciwnie – na operację „fałszywej flagi” i rzekomo ukartowane działania przez rządzących w celu zdobycia poparcia społeczeństwa u progu rewolucji. To wszystko skutkowało dość dramatycznym przebiegiem procesu. Na sali sądowej rodziny tak zamachowców jak i ofiar obrzucały się obelgami i oskarżeniami, siostra głównego oskarżonego musiała zostać obezwładniona po uderzaniu głową w szybę w ramach protestu.

Dwa tygodnie przed zamachem byłem na kolacji w Arganie. 7 lat później znowu odwiedzam to miejsce. Restauracja przeszła gruntowny remont, na dole otworzono ekskluzywny butik, nie przypomina już swojej poprzedniczki. Nazwa jednak pozostała niezmieniona.

Nikt z obsługi nie pamięta tamtych wydarzeń sprzed lat, niespecjalnie chcą z resztą o tym rozmawiać spoglądając podejrzliwie, kierownika który mógłby opowiedzieć to i owo nie ma obecnie w pracy.

Zamawiam zatem miętową herbatę i siadam w rogu na tarasie. Robię zdjęcie rozpościerającego się u podnóża restauracji placu Jemaa el-Fnaa, jak zwykle spowitego w kłębach dymu, świateł i kuglarskich piszczałek.

Zdjęcie załączam do wiadomości i wysyłam do Amal. Na jej polski numer.

Instagram | Pozostałe opowiadania

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *