Z Etiopii do Dżibuti nowiutką, chińską koleją-widmo. Fotorelacja.

Chińczycy od dobrych kilku lat wchodzą do Afryki z buta i bez wazeliny jak Kurski na Woronicza. Dość chociażby wspomnieć o wybudowanej niedawno („za darmo”) przez chiński koncern nowej siedzibie Unii Afrykańskiej, pięknej, lśniącej, stojącej dumnie po środku Addis Abeby, i ponoć nabitej od toalet po parkingi pluskwami MSSu.

Dlatego też nawet mnie zbytnio nie zdziwiło, gdy parę lat temu usłyszałem, że dalekowschodnie konsorcja w porozumieniu z rządami Etiopii i Dżibuti planują wybudować połączenie kolejowe łączące docelowo Addis Abebę, stolicę tej pierwszej, z nadmorskim portem Dżibuti o tej samej nazwie. Takie tory co prawda istniały już, była to jednak wybudowana na przełomie poprzednich wieków kolej wąskotorowa o rozstawie metrowym, przestarzała i ze względu na niską rentowność stopniowo wycofywana z użycia od lat 90. Czytaj dalej

Afrykański sztos

W lobby jednego hotelu w Addis Abebie poznałem Kiyu, Koreańczyka, z wielką walizą i jeszcze większą lustrzanką przemierzającego niestrudzenie niebezpieczne korytarze międzynarodowych afrykańskich hoteli. Obaj nabraliśmy ochoty na zachodnie żarcie więc wybraliśmy się do pobliskiej knajpy na burgery (mój kolejny głupi pomysł).
Czytaj dalej

Cinkciarz idiota a.k.a. Mokry sen Jarosława Kuźniara

Rankiem wybrałem się na czarny rynek w Addis Abebie aby wymienić hehe pieniążki.

Długo nie musiałem czekać, już po chwili słyszę za uchem „czincz czincz” niczym Joanna Schmidt sprośności od Ryszarda Petru na sali sejmowej. Młody chłopak, srebrny ząb, okularki Bolce Kabana, koszula w prążek. Co i po ile. Dolar 31 birr, euro 38. Całkiem nieźle, w banku odpowiednio 26 i 31. Mówię, że sprzedam „fyfty” tego drugiego. Nie ma problemu maj frend, you are my brother from another mother (chyba muszę poważnie porozmawiać ze swoim ojcem), już robimy interes.
Czytaj dalej

Sołdat z Mali a.k.a. Chabor na Saharze

Kilka lat temu, jeszcze przed wojną w Mali, jechałem z kumplem samochodem do Bamako. Z Marrakeszu przez Saharę to jakieś 7 dni drogi. Trasa całkiem ciekawa, szczególnie odcinek od Nawakszutu był kiedyś nazywany drogą śmierci ze względu na dość częste porwania białasów przez Polisario, Aqimowców czy inne islamistyczne ścierwo (tak na marginesie to ten sam kumpel poznał kiedyś typa którego uprowadzili już za Agadirem (!) jacyś saharyjscy wieśniacy ale wypuścili po paru godzinach bo nawet nie wiedzieli gdzie zadzwonić). Czytaj dalej

Jak załatwić gorzałę w kraju z prawem szariatu

Gondar, Etiopia, styczeń 2018 r.

Achhh, pierwsze piwo w nowym roku.

Ostatnio w Sudanie z kolegami z Europy chodziliśmy jacyś nieswoi. Święta za pasem, na dworzu upał, no coś by się chlapnęło.

Przemycona przez granicę butelka whisky już dawno robi za pryzmat. Znajomi dyplomaci jeszcze nie wrócili z urlopu, Chińczycy w swojej restauracji widmo w szeregówce bez szyldu nie polewają już piwa w herbacianych filiżankach. Niemcy, nie dość że wywołali holocaust, to jeszcze ich transport piwa do miejscowego klubu towarzyskiego został przechwycony w drodze do Chartumu (częsty myk stosowany przez policję aby później odsprzedać skonfiskowany alkohol z zyskiem). Kolejny minus dla Niemców. Czytaj dalej

Urzędnicy II: Ostatni PIT

Ostatnio odwiedzając Polskę postanowiłem udać się do swojego lokalnego Urzędu celem załatwienia sprawy.

Od początku czułem się tam jakoś nieswojo. Niepożądany, jakby przezroczysty, niechciany. Podchodząc do kontuaru wszystkie obecne w Urzędzie pracownice stały odwrócone plecami, przerzucając niedbale stosy papierów i sącząc kawę zdawały się mnie nie zauważać. „Dzień dobry” – rzucam, ale pozostaje to bez odpowiedzi. „Przepraszam, chciałem załatwić sprawę!” kontynuuję, lecz ta próba również napotyka głuchą ciszę.
Czytaj dalej

Wiesiek

Gdy miałem 10 lat do klasy chodził ze mną Wiesiek. I nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego gdyby nie fakt, że uczęszczał on do jednej klasy również z moją o 2 lata starszą siostrą, o 4 lata kumplem, oraz jego przygotowującym się już wtedy do matury bratem. Tak jest, Wiesław poległ w nierównym starciu z bezlitosnym systemem edukacji podstawówkowego Harvardu gdzieś pośrodku Podlasia i nie zdał siedem razy 4 klasy szkoły podstawowej. Ten sam z resztą nieludzki system skutecznie pozbawiał Wieśka możliwości osobistego rozwoju, poszerzania horyzontów i realizowania własnych pasji, ustawą o szkolnictwie skazując biedaka na katorgę uczęszczania do szkoły do momentu osiągnięcia pełnoletności.
Czytaj dalej

Po co w Togo użyna się łby psom

W komentarzach do poprzedniego opowiadania „Granica” jeden z czytelników zainteresowany tematyką Toga odszukał ciekawą galerię i zapytał, o co chodzi z powtarzającymi się na zdjęciach częściami ciał martwych zwierząt. Odpowiedź jest prosta i dwusylabowa: voodoo.

Pewnego popołudnia szwendając się po plaży gdzieś we wschodnim Togo (chociaż trudno mówić o stronach świata w kraju o kształcie parówki), podszedł do mnie starzec i spytał, czy nie chciałbym zobaczyć świątyni voodoo. Dziadek, pytasz księdza czy na tacę zbiera. Czytaj dalej

Noc w celi

Akra, Ghana, listopad 2011.

Aby dostać się do stolicy z małej wioski przy granicy z Wybrzeżem Kości Słoniowej muszę wstać przed 4 rano. Potem dwie przesiadki, trzy autobusy i koło południa jestem na wielkim piaszczystym placu w centrum Akry z którego odjeżdżają rozklekotane minibusy do ostatniej wioski przed przejściem granicznym z Togo. Siedzę w jednym z gruchotów i patrzę jak powoli zapełnia się po brzegi. W tej części Afryki nie ma pustych miejsc.

Po paru godzinach stoimy w korku na wylotówce z Akry. Jest upał, skwar, w morzu jeżdżących wraków opary gęstych spalin mieszają się z uporczywymi klaksonami i wrzaskami kierowców tworząc ciężki afrykański koktajl zapieczony pod rozgrzaną żarówą popołudniowego słońca. Pomiędzy autami krążą kobiety z wypełnionymi owocami misami na głowach oraz młodzi faceci obwieszeni tym, co każdemu stojącemu w korku pod afrykańską stolicą jest najbardziej potrzebne: plastikowe zabawki, chińskie gierki, świecidełka. Przesuwane drzwi gruchota nie zamykają się nawet na chwilę, co raz jakiś autokrążca prezentuje zalety swoich zapalniczek i sznurowadeł. Czytaj dalej

Krew borneańskich kurcząt

Gdzieś w stanie Sarawak (Borneo), Malezja, październik 2012.

Niedzielne przedpołudnie. Idąc piaszczystym poboczem wiejskiej drogi staram się złapać transport, który zabierze mnie do miasta Bintulu na północy częściowo autonomicznego stanu Sarawak w malezyjskiej części wyspy Borneo. Jest gorąco i duszno, niesłychana wilgoć oraz otoczenie tropikalnego lasu tylko wzmaga zmęczenie. Plecak ciąży, po kilkunastu minutach marszu koszulę można by wyżymać z potu. Droga jest niemal pusta. Inaczej niż w większości muzułmańskiej Malezji kontynentalnej, na Borneo chrześcijanie stanowią największą grupę, w związku z czym niedziela powszechnie traktowana jest jako święto i dzień wolny od pracy.

Po chwili z drogi zgarnia mnie swoim pick-upem Andy – chłopak z pobliskiej wioski. W starej Toyocie Hilux i flanelowej koszuli wygląda jak miejscowe wydanie amerykańskiego kowboja. Rozmawiamy o niczym a po kilku kilometrach zjeżdżamy z drogi, zatrzymujemy się przy drewnianej szopie i pakujemy do skrzynki olbrzymiego białego koguta. Jest ogromny, dostojny, waży ze 3 kg. Blask słońca odbija się w jego śnieżnobiałym pierzu. Czytaj dalej