Afia z Takoradi

Tłum, smród, zaduch, ścieki, otwarty system kanalizacyjny. To nie opis sesji plenarnej Sejmu RP ale Akra, stolica Ghany, do której wybrałem się pewnego razu aby pozałatwiać kilka spraw.

Na miejscu gości mnie Ali, znajomy znajomego. Ustawiamy się wieczorem przy Zongo Junction, centralnym skrzyżowaniu „dzielnicy” o tej samej nazwie. Zongo to specyficzna formacja w Afryce Zachodniej. Pod tym krótkim słowem kryje się opis rozległego skupiska ludności, ale też wyjątkowej mieszanki kultur, a podobno i stan umysłu. Zongo to fawela, bezkresne morze klitek i chałupek, do których ściągają imigranci przede wszystkim z obszaru Sahelu: Burkiny Faso, Nigru, Mali, nawet Czadu, ale też z trzech najbiedniejszych regionów północnej Ghany. Tysiące osób wędruje tutaj w poszukiwaniu lepszego jutra, opuszczając swoje rodzime pustynne okolice. Przyklejone do największych miast, strukturą przypominają paryskie getta. Ludzi zamieszkujących Zongo łączy nie pochodzenie etniczne, ale sam fakt bycia „Zongijczykiem”, osobą zamieszkującą to miejsce. Największy odsetek stanowią muzułmanie (w przeciwieństwie do w większości chrześcijańskiej reszty Ghany), a lingua franca jest tutaj hausa, język pochodzący z pogranicza Nigru i Nigerii, a nie angielski czy też najbardziej popularny w reszcie kraju twi (akan). Jeśli emigrując do Ghany nie możesz odnaleźć się pośród jednej z kilkudziesięciu grup etnicznych, religii i ponad 80 języków, to zapraszamy do Zongo. Czytaj dalej

Granica

Akra, Ghana, 21 listopada 2011 r.

Aby dostać się do stolicy z małej wioski przy granicy z Wybrzeżem Kości Słoniowej muszę wstać przed 4 rano. Potem dwie przesiadki, trzy autobusy i koło południa jestem na wielkim piaszczystym placu w centrum Akry z którego odjeżdżają rozklekotane minibusy do ostatniej wioski przed przejściem granicznym z Togo. Siedzę w jednym z gruchotów i patrzę jak powoli zapełnia się po brzegi. W tej części Afryki nie ma pustych miejsc.

Po paru godzinach stoimy w korku na wylotówce z Akry. Jest upał, skwar, w morzu jeżdżących wraków opary gęstych spalin mieszają się z uporczywymi klaksonami i wrzaskami kierowców tworząc ciężki afrykański koktajl zapieczony pod rozgrzaną żarówą popołudniowego słońca. Pomiędzy autami krążą kobiety z wypełnionymi owocami misami na głowach oraz młodzi faceci obwieszeni tym, co każdemu stojącemu w korku pod afrykańską stolicą jest najbardziej potrzebne: plastikowe zabawki, chińskie gierki, świecidełka. Przesuwane drzwi gruchota nie zamykają się nawet na chwilę, co raz jakiś autokrążca prezentuje zalety swoich zapalniczek i sznurowadeł. Czytaj dalej