Człowiek z uśmiechem na twarzy

Berlin Zachodni, 1965.

– Myślisz, że będzie to pił? – zwrócił się po niemiecku mężczyzna w okularach wpatrując się w etykietę trzymanej w ręku butelki francuskiego absyntu Pernod Fils.

– Müller to alkoholik, osuszy wszystko – odparł drugi z nich ustawiając kamerę marki Kamera-Werkstätten

– Skąd ty to w ogóle wziąłeś? – spytał ponownie pierwszy odstawiając butelkę do skrzyneczki w której znajdowała się jeszcze flaszka schnappsa Kirschwasser, flakon wody mineralnej Perrier, szklanki barowe i paczka papierosów HB.

– Dewizy – zaśmiał się drugi.

Znajdowali się w zaaranżowanym na studio nagraniowe pomieszczeniu w jednym z hangarów berlińskiej dzielnicy Moabit. Ściany pokoju były pokryte czarnym płótnem, nadając mu przytulny nastrój. Pośrodku stały dwa zwrócone ku sobie krzesła, stolik kawowy, kamera i mikrofon pojemnościowy.

– Mam się normalnie przedstawić? – spytał ponownie okularnik.

– Nie, wymyśl coś. Kongo to stary nazista, jak usłyszy polskie nazwisko może nabrać podejrzeń – odparł drugi wyjmując z kieszeni marynarki dwie plakietki i podając jedną z nich pierwszemu mężczyźnie.

– No no, dobra robota – stwierdził z uznaniem odbierając identyfikator i spoglądając na nadrukowane na nim logo ZDF.

Zaczęli krzątać się po pomieszczeniu wprowadzając ostatnie poprawki – dobranie odpowiedniego kąta kamery, ustawienie zawartości skrzynki na stoliku. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, całe przedsięwzięcie zaczęli aranżować wiele miesięcy temu.

– Przynieś lód, zaczyna się – krzyknął w końcu jeden z nich gdy na podjeździe przed hangarem rozległ się dźwięk parkującego samochodu.

Po chwili do pomieszczenia weszli dwaj kolejni mężczyźni. Jeden z nich, średniego wzrostu, w kurtce w wojskową panterkę, z dystynkcjami na ramionach i ciężkich skórzanych butach, podszedł żwawym krokiem do dwóch obecnych już mężczyzn mocnym uściskiem ręki witając się z oboma. Wymienili kilka słów i wskazano nowo przybyłemu krzesło naprzeciw kamery. Ten usiadł, rozejrzał się po ścianach studia i zerknął na stojącą obok butelkę absyntu gładząc dłonią zawieszony na lewej piersi Krzyż Żelazny.

– Czy możemy zaczynać? – mężczyzna w okularach zajął miejsce na drugim krześle, skrzyżował nogi i otworzył zeszyt z notatkami.

Natürlich – odparł gość z uśmiechem odpalając papierosa.

Prowadzący wywiad skinął głową do dwóch pozostałych mężczyzn obsługujących sprzęt nagrywający.

– Jak życzyłby pan sobie, aby się do pana zwracano podczas naszej rozmowy? Widzę tu dwie możliwości. Czy powinienem się do pana zwracać per „pan Müller”, czy raczej używając pańskiego wojskowego stopnia majora?

– Bawi mnie to nieco. Ale „major” będzie chyba najodpowiedniejszy – odparł mężczyzna w panterce jeszcze szerzej się uśmiechając.

– Uszanuję to. Czy jest to pana stopień pochodzący jeszcze z Wermachtu?

– Nie. Nabyłem go w Kongu w styczniu 1965 r.

(…)

– Jest pan niewątpliwie sławny na całym świecie ze swoich działań w Kongu. Czy sprawiło to, że jest pan znany również pod innymi imionami?

– Tak, w Niemczech jestem znany jako Ko-Mü, Kongo-Müller – roześmiał się odpytywany sięgając po butelkę absyntu. Ten, nalany do szklaneczki z lodem, po wymieszaniu z wodą mineralną przybrał mętną barwę. Major upił łyk zamykając powieki i zaciągnął się papierosem.

(…)

– Muszę zacząć od tego, że porucznik Mazy jest świetnym oficerem, a te wszystkie zdjęcia z których jest znany zostały wykonane ironicznie. Zabiliśmy setki kongijskich rebeliantów…

– To niezbyt pokojowe.

– Co do tego nie ma wątpliwości. Ale wtedy Mazy miał czaszki które były już objedzone do czysta. Przez robaki, insekty itp. I on je tylko czyścił, a nie gotował! To dobra historia, świetna dla prasy. I dał się sfotografować robiąc to. Te zdjęcia nie zostały zrobione, dlatego że interesował się czaszkami, bo jedną już miał, ale dlatego że dziennikarze chcieli zabrać ze sobą jakieś pamiątki. On tych czaszek nie gotował, tylko czyścił w wiadrze z mydłem. To wszystko. Wrócili z czaszkami nabitymi na dzidy, śmiali się i żartowali. „Kapitanie Müller, tu jest jedna dla pana”. I dał mi jedną czaszkę a ja trzymałem ją na stojaku na kwiaty <śmiech>. „Nie nie nie staruszku! To nie na stojak!” i zapakował ją ładnie w mój jasnoczerwony koc i schował do pudełka. Nie wziąłem jej ze sobą.

– Dlaczego?

– Myślę, że niemieccy celnicy mogliby być nieco zaskoczeni gdybym pojawił się z zapakowaną ludzką czaszką.

(…)

– Majorze, znajdujemy się teraz pośród mroźnej europejskiej zimy, aż trudno sobie wyobrazić, że ktoś leżący przed nami mógłby całkowicie zniknąć w ciągu kilku godzin czy dni.

– Tak. W ciągu trzech czy czterech dni człowiek nie był już człowiekiem. Tylko kilka kości w mundurze czy jakichś szmatach. Każdej nocy słyszeliśmy szakale, ale wydaje mi się, że to bardziej robota robactwa niż ich. Mam kilka zdjęć ukazujących ślady zwierząt które przychodziły po kilka razy aby dokończyć ciało. Co za pech. Mimo wszystko, wszyscy jesteśmy ludźmi, i szkoda, że takie coś musi się przytrafiać, nawet rebeliantom.

(…)

– Pod pańskim dowództwem służył porucznik Louw, mający kontakty z włoskimi filmowcami. Jacopetti zjawił się i nakręcił film dokumentalny…

– Tak, to również był pech…

<głos spoza kadru> Gualtiero Jacopetti, zatrzymywany dwukrotnie za seks z nieletnimi w Kongu, zsynchronizował swoją kamerę Arriflex z salwami pistoletu. Trzech młodych murzynów, którzy śpiewali spotykając pluton, zostało zastrzelonych jak w przedstawieniu. Agonia umierania jednego z nich, który został na rozkaz postrzelony w ciało i twarz, została sfilmowana przez Jacopettiego z odległości 20 centymetrów.

– (…) nie wiem co się wtedy stało dokładnie, wiem tylko że zdjęcia zostały zrobione w momencie postrzelenia tych ludzi.

(Gualtiero Jacopetti za ten czyn został później skazany za morderstwo we Włoszech, po czym został uniewinniony po przedstawieniu dowodów zaprzeczających umyślnemu zabójstwu dla nakręcenia sceny, poświęcę tej postaci oddzielne opowiadanie – przyp. autor).

(…)

<głos Müllera z ukrytej taśmy magnetofonowej> Chyba z 17 zabiliśmy podczas tego ataku (…). Błyskawicznie otworzyliśmy ogień i zabiliśmy ich 28 (…). Porucznik Loew wziął jeepa i trzech strzelców i pozwolił im podejść bliżej, po czym otworzył ogień. 40 trupów za chwilę leżało (…). A, pracownicy plantacji, pomyślałem sobie, przyjechali do pracy, wszystko w porządku. Ale gdy ciężarówka zbliżyła się, wartownik pomyślał, że to partyzanci. Krzyknął i czarni, jak to czarni, przestraszyli się i zaczęli uciekać. Zastrzelił ich. Powiedzieliśmy mu potem, że to bez sensu strzelać w takich sytuacjach, ale skąd mógł wiedzieć kto jest rebeliantem a kto nie w kraju takim jak ten, kiedy możesz strzelać a kiedy nie. Naprawdę, nie możesz winić wartownika, tym razem coś po prostu nie wyszło. (…) Tak, tortury to coś normalnego. Pytasz kogoś o cokolwiek i musisz mu przyłożyć, inaczej nie odpowie. A jak odpowie, i okaże się, że to rebeliant, no to zabijamy. (…) Zazwyczaj nie bierzemy jeńców, a jak już to potem tniemy na kawałki. Najpierw prawa noga, potem lewa <śmiech>. Oczywiście, że to była dla mnie zabawa, sprawiało mi to przyjemność, szczególnie ostrzenie długich noży niedaleko nich i patrzenie jak się boją.

(…)

– Słuchaj, ja jestem przeciwko strzelaniu do czarnuchów. My jesteśmy za nich odpowiedzialni, my walczymy o Europę w Afryce – mamrocze mężczyzna w panterce będąc już kompletnie pijanym. Sięga po butelkę i wlewa do szklanki jej pozostałą zawartość.

(…)

– Majorze, rząd Niemiec Zachodnich wspiera Amerykanów w Wietnamie. Czy dołączyłbyś do oddziałów w Wietnamie?

– Z wielką przyjemnością! To coś dla mnie!


Berlin, 2018.

W 1965 r. dwóch NRD-owskich dziennikarzy, Walter Heynowski i Gerhard Scheumann, podjęło zuchwałą próbę nakręcenia wywiadu z Siegfriedem „Kongo” Müllerem, byłym oficerem Wermachtu i najemnikiem. Podając się za zachodnioniemieckich dziennikarzy nawiązali kontakt z rodziną Müllera i po kilku miesiącach zaprosili na rozmowę podczas której, wykorzystując alkoholizm rozmówcy, na czarno-białej taśmie filmowej i ukrytej magnetofonowej udało im się utrwalić opisy „Konga” z działalności w Afryce jak również uzyskać nazwiska jego niektórych kompanów. Podczas rozmowy, z nieustannym demonicznym uśmiechem na twarzy, Kongo-Müller opowiada m.in. o traktowaniu jeńców, rebeliantów i ludności cywilnej, jak również w pokrętny sposób tłumaczy swoje działania staniem na straży Zachodu. Rozmowa została opublikowana jako 60-minutowy film pt. Der lachende Mann (niem. „Śmiejący się człowiek”) i pokazywana we wschodnioniemieckiej telewizji DDF oraz w kinach[1].

W 1968 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się książka „Kongo-Müller. Wyznania mordercy” będąca przetłumaczonym na polski stenogramem z rozmowy[2].

Zarówno film jak i publikacja miały wymiar propagandowy, ich głównym celem było zdyskredytowanie RFN i świata Zachodu. Dlatego też w filmie pojawiają się m.in. pytania o Instytut Goethego, związaną z Niemcami Zachodnimi instytucję publiczną mającą promować kulturę i język niemiecki, a w której oddziale w Léopoldville (obecnie Kinszasa) Kongo-Müller miał uczestniczyć w licznych imprezach. Taką formę przybierają też pytania o służbę Müllera u boku Amerykanów w Kongu nosząc jednocześnie na piersi Krzyż Żelazny ze swastyką, jak również sposób przedstawienia historii wspomnianego włoskiego reżysera. Z tych względów, oraz z uwagi na kontrowersyjne metody realizacji, dokument wzbudził mieszane odczucia, stanowi jednak ciekawy obraz historii telewizji jak również najbardziej znane dzieło NRD-owskiego duetu realizatorskiego Heynowski-Scheumann.

Wydarzenia omawiane w filmie dotyczą Kryzysu kongijskiego w latach 1960-1965. Kongo-Müller zmarł na raka żołądka na przedmieściach Johannesburga w 1983 r.

[1] Film w całości z angielskimi napisami jest dostępny na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=NB9gyyVrbxk

[2] Książka była do wygrania wśród czytelników bloga.

Instagram | Pozostałe opowiadania

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *